Koncentrujmy się na pozytywnych wartościach

Problem chorób będących efektem nieprawidłowego odżywiania staje się coraz istotniejszy i coraz szerzej dyskutowany. Podczas gdy kraje rozwijające się cierpią z powodu niedożywienie, populacja krajów rozwiniętych coraz częściej cierpi na skutek chorób związanych z przeżywieniem. Wysoka podaż energii nie idzie przy tym w parze z odpowiednim zbilansowaniem mikroelementów dostarczanych w pożywieniu. Zdrowie pozostaje przy tym nie tylko problemem jednostki, ale jawi się jako problem społeczny, ponieważ zarówno kosztami leczenia, jak i efektami gospodarczymi spowodowanymi krótszym pozostawaniem na rynku pracy ze względu na choroby związane z nieodpowiednim odżywianiem, zostaje obciążone całe społeczeństwo. Podobnie jak skutków, tak i przyczyn obecnego stanu rzeczy nie należy upatrywać wyłącznie po stronie jednostki. Środowisko sprzyjające otyłości ułatwia dostęp do żywności, cechuje się dostępnością niskiej jakości artykułów spożywczych w niskich cenach, wszechobecnością żywności typu fast food oraz gotowych posiłków, jak również powszechnym korzystaniem z samochodów. Dlatego też rozwiązań problemu stanu zdrowia populacji należy szukać nie tylko na poziomie jednostkowym, ale również instytucjonalnym. W istocie zagadnienie chorób związanych z nieodpowiednim żywieniem zostało zauważone oraz włączone zarówno do polityki, jak i do świadomości społecznej przez mass media.

Pewnym problemem pozostaje punkt ciężkości, na którym zostaje skupiona uwaga. Niestety często działania związane ze zdrowym żywieniem koncentrują się na zagadnieniu walki z otyłością. Oczywiście, w społeczeństwach zachodnich rzeczywiście występujące choroby najczęściej są związane z otyłością, jednak tego rodzaju określenie problemu wiąże się z zagrożeniem stygmatyzacją osób otyłych, co jeszcze pogarsza ich obecną sytuację. Dodatkowo określenie problemu mianem walki z otyłością podkreśla wizualny aspekt problemu i często skutkuje przeniesieniem wagi zagadnienia ze zdrowia na sylwetkę. Tym samym zamiast promować zdrowy styl życia często promuje się walkę o szczupłą sylwetkę, co z kolei stwarza zagrożenie wzmacniania zaburzeń odżywiania, takich jak anoreksja, czy bulimia. Właściwym rozwiązaniem wydaje się więc być przeniesienie punktu ciężkości z otyłości na promocję zdrowego stylu życia. Wprowadzenie odpowiednio zbilansowanej diety oraz aktywności fizycznej przyniesie pozytywne skutki w stanie zdrowia jednostek, nawet jeśli nie będą one szły w parze ze znaczącym spadkiem wagi.

Warto więc zamienić „walkę z …” na „dbanie o …” co w społecznej świadomości przyczyni się do skoncentrowania uwagi raczej na wartościach pozytywnych niż negatywnych oraz do wprowadzenia profilaktyki w miejsce walki z efektami, które już nastąpiły.

Wolność wyboru

Żyjemy w dobie wyboru. Codziennie stajemy przed niewyobrażalną gamą możliwości. W dobie różnorodności możliwych ścieżek, to na barki jednostki kładzie się odpowiedzialność za własne zdrowie, które jawi się jako efekt dokonywanych wyborów w zakresie stylu życia. Z pewnością w naszych rękach spoczywa narzędzie kształtowania jakości swojego życia, fałszywym jest jednak stwierdzenie, że jesteśmy w stanie w pełni kontrolować swoje ciało oraz że stojące przed nami wybory mają charakter nieograniczony. Scedowanie pełnej odpowiedzialności za własne zdrowie na jednostkę może prowadzić do tak negatywnych zjawisk, takich jak stygmatyzacja osób chorych, nieatrakcyjnych, czy niepełnosprawnych. I o ile sama staram się świadomie wpływać na swój organizm, o tyle zdaje sobie sprawę z czynników zewnętrznych, spośród których nie wszystkie poddają się modyfikacji i kontroli. Przyjrzyjmy się więc determinantom wyborów żywieniowych:

[Po pierwsze:] jesteśmy organizmami biologicznymi. Już na poziomie biologicznym różnimy się od siebie, w różnym stopniu tolerujemy pokarmy, cierpimy na różnego rodzaju choroby, które każą nam ograniczać lub całkowicie powstrzymywać się od spożywania pewnego rodzaju żywności. W różny sposób także reagujemy na tą samą dietę, ze względu na pierwotne uwarunkowania. Z pewnością łączy nas (biologicznych łowców-zbieraczy) upodobanie do pokarmów wysokoenergetycznych, mimo, że nasz siedzący tryb życia, daleki od aktywności naszych przodków, tego od nas nie wymaga.

[Po drugie:] warunkują nas czynniki psychologiczne. Nie tylko rodzimy się z różnym temperamentem i różnymi skłonnościami, ale również proces wychowania oraz doświadczenia życiowe sprawiają, że ludzie są niezwykle różnorodni pod względem charakterologicznym. Nasze mózgi różnią się od siebie, potrzebują różnej dozy stymulacji, aby wywołać określone odczucia, a określone predyspozycje są ograniczane lub eskalowane przez nasze działania.

[Po trzecie:] człowiek jest istotą społeczną. Nie rodzimy się i nie wychowujemy w pustelni. Od pierwszych naszych dni jesteśmy warunkowani przez kulturę, w której przyszło nam żyć. Jesteśmy wychowani w ramach pewnego systemy aksjonormatywnego, definiowanego często przez religię, która wprowadza określone nakazy i zakazy również w sferze żywienia. Jedzenie jest czynnością społeczną i ogromny wpływ na zachowania żywieniowe mają również grupy społeczne, do których przynależymy. Co więcej, sposób żywienia w samotności różni się od posiłków spożywanych w towarzystwie. Warunkuje nas również pochodzenie społeczne, klasy społeczne zawsze różniły się nie tylko sposobem żywienia, ale również wartościami związanymi z jedzeniem. Także wykształcenie często wiąże się z określonymi wyborami żywieniowymi, ze względu na poziom wiedzy, świadomości i kompetencji poznawczych. Nie bez znaczenia pozostaje również płeć, w rozumieniu społeczno-kulturowym (gender). W procesie socjalizacji dziewcząt i chłopców kładzie nacisk na inne wartości, co skutkuje odmiennymi wyborami oraz zachowaniami żywieniowymi.

Wyposażeni w ten oto bagaż możemy przystępować do wyboru. Jednak i tutaj napotykamy na pewne ograniczenia:

[Po pierwsze:] posiadane informacje. Aby dokonać wyboru musimy posiadać wiedzę na temat istniejących alternatyw. Należy więc uwzględnić dostęp do wiedzy, jej źródła oraz jakość. Wiedza naukowa najczęściej nie jest dostępna w przystępnej formie szerokiemu gronu odbiorców, a informacje przekazywane w mediach często stoją w sprzeczności ze sobą. Osoby funkcjonujące w małych społecznościach, w zamkniętych kręgach często nie posiadają informacji o istniejących mozliwościach. Kluczowe znaczenie ma w tym miejscu edukacja, która powinna nie tylko dostarczać informacji, ale również wyposażać jednostkę w…

[Po drugie:] umiejętność krytycznej analizy danych. Dostęp do wiedzy nie jest warunkiem wystarczającym, musimy również potrafić ocenić jakość dostępnych informacji, czyli jakość dowodzenia, metodologię badawczą leżącą u podłoża danych. Bez tego rodzaju kompetencji wybory będą miały charakter przypadkowy, albo opierać się będą na mocy autorytetu. W obliczu chaosu informacyjnego jednostka może również doznać paraliżu decyzyjnego i utracić zdolność podjęcia decyzji.

[Po trzecie:] dostępność. Kiedy jednostka już podejmie decyzję stoi już o krok przed jej realizacją. Ostatnią barierą jaka więc należy uwzględnić jest dostępność. Mimo globalizacji wciąż jesteśmy ograniczeni terytorialnie. Nie jesteśmy w stanie na porządku dziennym mieć dostępu do świeżych i ekologicznych warzyw i owoców z innej strefy klimatycznej, a zanieczyszczone środowisko naturalne, stosowane w rolnictwie i przemyślę sztuczne substancje wpływają na dostęp do zdrowej i naturalnej żywności nawet  z własnego rejonu. Kolejną barierą jest cena w relacji z zarobkami. Dokonywane wybory żywieniowe są w dużej mierze determinowane względami o charakterze ekonomicznym.

Mając na względzie wszystkie wymienione czynniki, pamiętajmy również, że w ostatecznym rozrachunku każdy ma prawo do własnego wyboru stylu życia. Nawet jeśli ktoś w pełni świadomie decyduje się na jedzenie fast foodów jest to jego decyzja, która bazuje na innych priorytetach niż zdrowa dieta. To co możemy zrobić to szerzyć wiedzę i wyposażać innych w kompetencje jej oceny.

wybory żywieniowe

Kliknij na obrazek, aby przejść do prezentacji

Balans zamiast bilansu

W naszym (zachodnim) kręgu kulturowym przywykliśmy do dzielenia wszystkiego na czynniki pierwsze i traktowania całości jako prostej sumy części. Zdaje nam się, że gdy tylko poznamy wszystkie tajniki części składowych ukaże się nam tajemnica wszechświata i odnajdziemy proste rozwiązania nurtujących nas problemów. Wydaje nam się, że aby rozwiązać problem X wystarczy dodać A do B. Rozwiązanie nie jest jednak tak klarowne jak chcielibyśmy je widzieć. Świat i my w nim funkcjonujący jesteśmy czymś więcej niż tylko sumą części.

Dlatego też nie ma jednego magicznego klucza do zdrowego i dobrego życia. Co rusz pojawiają się nowe mody, które mówią nam, że jak tylko będziemy jeść np. dużo błonnika będziemy szczupli, piękni i zdrowi lub gdy tylko ograniczymy spożycie tłuszczu czeka nas długie życie. Inni twierdzą, że wystarczy pozytywne nastawienie i z pewnością nic złego nam się nie przytrafi. Niestety, albo i „stety”, nasze życie wymaga podejścia holistycznego. Jeśli będziemy jeść błonnik jednocześnie faszerując się kilogramami ciastek i golonką na śniadanie, nie uchronimy swego zdrowia. Jeśli będziemy jeść dużo warzyw i owoców jednocześnie wlewając w siebie hektolitry kawy, która będzie z nas je wypłukiwać również nie osiągniemy właściwych efektów. Jeśli narzucimy sobie restrykcyjną dietę eliminując z niej wszystkie przyjemności, stres wypłucze z nas połowę skrupulatnie zbieranych wartości odżywczych. Dlatego też proponuję zastąpić bilans: liczenia kalorii, wskaźnika wagi itp. – balansem, czyli wprowadzeniem do życia równowagi 🙂 Owszem wszystkie elementy składowe są ważne: zdrowa dieta z pewnością jest istotna, podobnie jak aktywność fizyczna, pogoda ducha. Rzecz w tym, że powinny one harmonijnie iść ze sobą w parze, a nie występować jako jedno kosztem drugiego.

Spokojnie nasze ciało jest tak mądre, że chętnie nam wskazuje pojawiające się problemy, czasami nawet samo podaje rozwiązania. Zdarza się Wam siedząc drugą godzinę przy biurku niespokojnie kręcić nogą? Może czas wstać i zrobić sobie krótki spacer 🙂 Jeśli nie doprowadzimy się do rozregulowania funkcji życiowych (fizycznych i psychicznych) sami sobie będziemy potrafili podawać cenne wskazówki. Nawet zły humor jest wskaźnikiem, że coś się dzieje nie tak. Czasami chodzimy z muchami w nosie bez konkretnego powodu, ciskając gromy w najbliższą napotkaną osobę, np. panią przy kasie. W takich momentach warto się zastanowić gdzie leży problem. Czasami wystarczy godzinny spacer w słońcu, aby diametralnie zmienić nasze samopoczucie, zamiast łykać tabletkę na uspokojenie (popijając ją kawą… bo przecież tyle jeszcze rzeczy do zrobienia…).

Wprowadźmy więc politykę spójności do swojego życia, troszcząc się o siebie w całości. Chrońmy garnek przed korozją zamiast zalepiać kolejne dziury pojawiające się na skutek działania rdzy 🙂

Aby siebie polubić wystarczy lepiej się poznać

Dawniej wiele sobie zarzucałam, porównywałam efekty swoich działań z wytworami innych i wnioskowałam na tej podstawie o jakości swojej osoby. Dziwnym trafem nie poświęcałam zbyt wiele czasu na refleksję nad tym, jaka była droga osób, które wydawały mi się doskonalsze ode mnie do ich aktualnych zdolności. A przecież nikt nie rodzi się z Nagrodą Nobla w ręce. Nie tyle mimo porażek, a raczej dzięki nim osiągamy wreszcie sukces. Dlatego właśnie zaczęłam traktować je z wdzięcznością i uważam, że należy mówić nie tylko o sukcesach, ale również o nieudanych próbach, burząc fałszywą wizję ideału istniejącego na zewnątrz nas, ale nie w nas.

Dawniej, tkwiąc w pętli stałego porównywania siebie do innych i nierozróżniania swoich działań od swojej istoty (myląc “popełniłam błąd” z “jestem błędna”), nie potrafiłam się polubić i zaakceptować. Tak na prawdę zamiast poświęcać czas na poznanie siebie, raczej zastanawiałam się nad tym jaka nie jestem i jaka być powinnam. Kiedy zdobyłam się na odwagę poznania swojej istoty, dałam sobie więcej przestrzeni i swobody, odsunęłam na bok ograniczający mnie wstyd, zaczęłam pytać siebie o zdanie, o swoje potrzeby, emocje, okazało się, że ukryte pod skorupą społecznych oczekiwań i norm JA jest warte nie tylko uwagi, ale i miłości. Miłości przede wszystkim od siebie samej. Jak często wyznajemy sobie to uczucie? Warto jak najczęściej się nim obdarowywać, jest to niesamowicie przyjemne 🙂 A jedną z najlepszych oznak miłości jest szacunek, dzięki któremu nie działamy wbrew sobie i przeciw sobie.

Odkrywam więc siebie każdego dnia i rozpatruję, redefiniuję swoje stare poglądy i przekonania na swój temat. Czasami ze zwykłego zasiedzenia pozostajemy przy określonym światopoglądzie, a wystarczy kilka pytań. czasem jeszcze kilka doświadczeń, aby szkodliwe przekonanie legło w gruzach. W ten sposób nagle okazuje się, że przez większość swojego życia żywiłam jakieś fałszywe, krzywdzące przekonanie na swój temat, kiedy tak na prawdę, na przykład brakowało mi odwagi, aby spróbować, albo w błędny sposób definiowałam zagadnienie. Tym sposobem nie potrafiłam w pełni wykorzystać tkwiącego we mnie potencjału. Przez wiele lat nie uważałam siebie za osobę kreatywną, wydawało mi się, że nie jestem zdolna do innowacyjnych myśli. Teraz jednak wiem, że trzymając się bezpiecznych standardów i obawiając się oceny ze strony innych nie dawałam sobie szansy, aby moje własne pomysły wypłynęły na powierzchnię świadomości. Teraz frywolnie szaleję w kuchni i czuję, że moja innowacyjność nie zna granic! Stojąc przy kuchennym blacie czuję się jak malarz przy sztaludze, czy fizyk w CERN 😉 Czuję, że tworzę nowe idee, czuję, że żyję i się spełniam, po prostu jestem szczęśliwa, ponieważ wreszcie nabieram odwagi, aby być sobą – i przed sobą samą i przed innymi ludźmi. I właśnie dzięki tej odwadze potrafię się zdobyć na opublikowanie tego wpisu. Nie potrzebuję też poczucia nieomylności, aby siebie akceptować. W końcu błądzić jest rzeczą ludzką i to dzięki błędom się uczymy. Kiedy eksperymentuję w kuchni i tworzę nowy przepis, nie wszystkie moje pomysły są trafione. Czasami obiad ląduje w śmietniku, a ja muszę zaspokoić się kanapkami. Ale nie frustruję się już takimi sytuacjami, ponieważ nauczyłam się patrzeć na nie jako na lekcje. Wyciągając wnioski w przyszłości mogę uniknąć kolejnego podobnego błędu, a obrażając siebie nie zyskałabym nic prócz złego samopoczucia. Ponieważ lubię praktyczne rozwiązania, wybieram opcję numer jeden 😉 Nauczyłam się również. że moja ocena nie powinna być wypadkową ocen innych. Różnimy się gustami smakowymi i nie każde danie, które smakuje mi może smakować Tobie. To, że nać kolendry ma dla mnie mydlany smak, nie znaczy, że ma ona nie smakować Tobie (zaciekawiony? KLIK). Czy ma to oznaczać, że któreś z nas powinno zmienić zdanie? Osobiście – nie sądzę 😉 Podobnie jest w innych sferach życia. Nie łudźmy się, jesteśmy różni, więc próby dostosowania swojej osoby do oczekiwań wszystkich dookoła są nierealistyczne. Tak na prawdę, aby zyskać szczęście potrzebna jest akceptacja ze strony jednej szczególnej osoby – siebie samego. Tylko będą sobą przyciągniemy osoby, które polubią nas, a nie kreowany przez nas wizerunek.

 

Kilka słów na temat wstydu ( A Few Words about Shame)

Translation below

Zdarza się, że nieopatrznie błędnie interpretujemy sygnały, które sami sobie wysyłamy… a tak właściwie, to nie odczytujemy swych odczuć jako sygnałów, lecz bierzemy je za zjawiska same w sobie. Weźmy na przykład pod lupę wstyd, który niejednokrotnie działa na nas jak hamulec. Jak często stwierdzamy, że po prostu się czegoś wstydzimy i z góry dajemy za wygraną? Traktujemy wstyd jakby był tak materialny jak jakaś część ciała (oczywiście ta wstydliwa, którą trzeba zakryć 😉 ).

Zastanówmy się jednak przez chwilę, co by się stało gdybyśmy zaczęli traktować wstyd jako sygnał? Zupełnie taki sam jak głód…. Kiedy burczy mi w brzuchu, to nie stwierdzam, że muszę umrzeć z niedożywienia, tylko staram się coś z tym zrobić. Głód jest sygnałem organizmu, że potrzebujemy nowej porcji energii i wartości odżywczych. Chociaż i tutaj czasami wyprowadzamy siebie na manowce 😉 A wstyd? Co on próbuje nam przekazać? Z nim nie jest już tak prosto, interpretacja może być bardziej skomplikowana. Może on nam na przykład komunikować, że nie jesteśmy dostatecznie dobrze przygotowani do zadania, którego się podjęliśmy i że jesteśmy je w stanie lepiej wykonać, jeśli tylko trochę dłużej nad nim popracujemy. Weźmy na tapetę przykłady rodem z kuchni 🙂 Powiedzmy, że nie wyszło nam ciasto i wstydzimy się je zaserwować. jakie możemy wyciągnąć wnioski? Przeanalizujmy przez chwilę sytuację i zastanówmy się co mogło na to wpłynać. Być może potraktowaliśmy pieczenie po macoszemu, w międzyczasie sprzątając kuchnię i czytając książkę. I teraz jest nam wstyd, żeby zaserwować ciasto, które jest poniżej naszych możliwości. Być może było to nasze pierwsze ciasto, jakie kiedykolwiek piekliśmy. Wstyd więc oznacza, że musimy jeszcze trochę popracować nad naszymi umiejętnościami w tym zakresie Wstyd traktowany jako sygnał nie jest powodem do zamykania się w sobie. Jeśli wyjdzie nam za niski placek, nie musi on lądować w śmietniku i nie ma powodu, aby udawać przed domownikami, że nie piekliśmy żadnego ciasta.. Dlaczego nie mielibyśmy przyznać się do do swego niepowodzenia i nie mielibyśmy poprosić o wskazówki na przyszłość? Jeśli nie będziemy wychodzić z naszym wstydem na zewnątrz nigdy się go nie pozbędziemy, bo nie będziemy sobie dawać szansy na doskonalenie swoich umiejętności. Szukając przykładu w innym obszarze… Jeśli mamy wystąpić publicznie i czujemy, że wstyd nas paraliżuje możemy rozważyć kilka możliwości. Po pierwsze, może nie przygotowaliśmy się do występu dostatecznie dobrze i przez to czujemy się niepewnie. Być może temat został nam narzucony odgórnie i po prostu nie mamy w nim nic do powiedzenia, co by nas osobiście inspirowało lub co gorsza nie zgadzamy się z przedmiotem naszej prezentacji, przez co czujemy, że działamy wbrew sobie. Co jednak, gdy nie potrafimy znaleźć żadnego racjonalnego uzasadnienia dla naszego odczucia? To znaczy przygotowaliśmy się najlepiej, jak to było możliwe, temat nas pasjonuje i w teorii wszystko powinno pójść jak po maśle, a nas mimo wszystko paraliżuje wstyd? Być może wstyd tkwi w nas głębiej i jest wynikiem braku wiary we własne siły i strachu przed oceną ze strony innych – a wtedy już mamy poważniejszy problem… Ze wstydem jest jak z głodem, może nas czasem oszukiwać. Powróćmy do analogii dotyczące głodu, niektórzy cierpią na różnego typu zaburzenia łaknienia, przez co głód przerodził się u nich w niezdrową formę – albo wcale go nie odczuwają, albo ma on charakter kompulsywny i trudno go zaspokoić. Tak też wstyd potrafi przybrać niezdrową postać i wysyłać błędny sygnał, jakby coś było nie tak. Kiedy wstyd jest w nas głęboko zakorzeniony potrzebna jest nam bardziej dogłębna terapia, która pozwoli nam siebie zaakceptować i dokonać rozróżnienia między doskonałością a perfekcją. Każdy z nas jest doskonały, każde nasze działanie jest doskonałe, jeśli wkładamy w nie 100% swoich aktualnych możliwości (więcej na ten temat u don Miguela Ruiza). Jeśli więc jesteśmy chorzy i mamy przez to problem z koncentracją, nie dziwmy się, że zapomnieliśmy dodać do ciasta proszku do pieczenia 😉 w aktualnym stanie psycho-fizycznym wyszło nam ono jak najlepiej mogło, czyli jest doskonałe. Co nie znaczy, że jest perfekcyjne – czyli odzwierciedla platońską ideę ciasta 😉 Perfekcja, jest pewnym stanem idealnym – czystym typem, jakby powiedział Max Weber – który nigdy nie zostanie osiągnięty. Wiara w dosięgnięcie ideału powoduje tylko niepotrzebną frustrację i może prowadzić do zniechęcenia. Należy dążyć do wykonania zadania jak najlepiej potrafimy, ni mniej ni więcej. Wtedy nie będziemy mieli podstaw, do pretensji wobec siebie samego – w końcu daliśmy z siebie wszystko. W ten właśnie sposób stajemy się coraz bardziej wprawni – ciągle próbując i starając się z całych sił. Jeśli więc daliśmy z siebie wszystko, to nie musimy się już tego wstydzić. Ponieważ przelaliśmy siebie w wykonywane zadanie możemy być dumni z efektu i dzielić się nim ze światem. Kiedy uzyskamy informację zwrotną w postaci komentarzy będziemy mogli potraktować ją konstruktywnie i nową wiedzę wykorzystać następnym razem.

Z inspiracji: „Cztery umowy. Droga do wolności osobistej” Don Miguel Ruiz oraz „Toksyczny wstyd. Jak uzdrowić wstyd, który cię zniewala” John Bradshaw


Sometimes we misunderstand our feelings. We don’t see them as signs. Let’s take a look on shame. When we are ashamed we often don’t ask ourselves what’s wrong, what is the cause of our shame. But what would happen if we saw shame as a sign? Just as we understand hunger. When we are hungry we don’t assume that we are gonna die of starvation, we just have something to eat. Hunger is a signal, our body tells us that we need some nutrients. And what can shame tell us?

Shame can be a sign that we are not sufficiently prepared. For example, when we’ve made a pie and it’s flat we might want to throw it away and do not tell anybody about it. We might think that we are hopeless at baking and we might decide that we are never gonna bake again. But let’s just stop for a moment and think. Maybe we couldn’t concentrate on a task, maybe we did it for the first time and we need some more practice. But when we overcome shame and we tell somebody what just have happened we can get some useful suggestions. Or when we have to speak in public and we’re ashamed. What shame might mean? Maybe we didn’t devote enough time to prepare a speech and we are afraid that we could fail because of that. Or maybe we are not interested in a topic that we have to talk about or worst.. we don’t agree with a subject of our speech. But what if we can’t find any rational reason of our shame? Maybe shame is not about a task, but about us. We don’t believe in ourselves and we don’t like ourselves, we think than we fail in everything so we are ashamed when we are visible. Then it’s toxic shame which is deep-rooted in our minds. Then we have to work on it, maybe we need some help from the outside: friends, family, coach, therapist. Some people suffer from eating disorders and they can’t trust signs from their body. They feel too often hungry or they don’t feel hungry at all. It is similar with shame. When shame is deep-rooted we cannot trust it. We might think that we are not ideal but to be ideal we don’t have to do everything perfectly. We just have to do everything as good as we can and then it’s ideally and there is no reason to be ashamed (read more: don Miguel Ruiz). My english is not perfect but I do my best and I don’t feel ashamed to write in english. And I appreciate all corrections.

So if we are sick and we’ve forgot to add baking powder to a pie there is no reason to be ashamed of this – we did our best. We couldn’t done this pie better in this moment so it’s ideal. We can never achieve perfection – a perfect self that we create in our heads. We just can’t live without mistakes. But we are already ideal. Off course it doesn’t mean that you don’t have to try. You have to do your best and then it’s ideally 😉 And when you will do your best and someone will correct you, you will be appreciate – not ashamed 🙂

Inspired by: don Miguel Ruiz The Four Agreements: A Practical Guide to Personal Freedom and John Bradshaw Healing the Shame that Binds You

Kulinarna alchemia (Culinary Alchemy)

(Translation below)

Każda chwila w Ziemskiej szkole jest szansą, aby nauczyć się ważnych rzeczy o sobie samym, które musisz wiedzieć, aby wzrastać w mądrości i współczuciu.” – Gary Zukav

Każdy kucharz jest prawdziwym naukowcem, który w swej kuchni przeprowadza szereg eksperymentów. Prawdziwi mistrzowie zasługują wręcz na miano alchemików, gdyż potrafią zmienić proste produkty w prawdziwe kulinarne złoto 🙂 Popatrzmy na niepozorne ciasteczka – proces ich powstawania to prawdziwa magia! Możecie ją podejrzeć tutaj 🙂

Ale zakres działań kulinarnego badacza nie musi się ograniczać tylko do chemii i fizyki… W kuchni dopuszczalne są również badania organizmów żywych, ponieważ panuje w niej środowisko sprzyjające poznaniu własnego serca i umysłu.

Po pierwsze: obserwujmy – w warunkach kuchennych często doświadczamy różnych emocji, od złości do radości. Ile razy przeżywaliście frustrację z powodu przypalonego placka lub radość spowodowaną pięknym aromatem obiadu? W laboratorium kuchennym, podczas procesu gotowania, powstaje całe spektrum emocji. Potraktujmy więc swe kulinarne wyczyny jako okazje do rozpoznawania i zgłębiania swoich uczuć. Może się to wydawać zadaniem banalnym, ale często mylimy ze sobą emocje, które nami targają. Na przykład smutek i poczucie zagrożenia  spowodowane krytyką łatwo pomylić ze złością. Testujmy więc laboratoryjnie metody pomiaru uczuć, aby znaleźć te najskuteczniejsze do stosowania na co dzień.

Po drugie: eksperymentujmy – kiedy już za pomocą obserwacji dobrze poznamy przedmiot naszych badań możemy przejść do fazy kolejnej, czyli eksperymentów. Mają nam one pomóc znaleźć najlepsze metody radzenia sobie z własnymi emocjami. Testowanie rozwiązań w warunkach laboratoryjnych jest dużo bezpieczniejsze niż w warunkach społecznych. Kiedy nie odczuwamy presji natychmiastowej reakcji, która jest wywołana obecnością partnera rozmowy, możemy dać sobie tyle czasu ile potrzebujemy na przemyślenie problemu. W końcu świat się nie zawali, jeśli obiad będzie godzinę później 😉 W ostatnim wpisie wspominałam o problematycznej sytuacji z plackami z soczewicy. Mówiąc szczerze, moją pierwszą reakcją była rezygnacja, pomyślałam: “Cóż, przepis nie trafi na bloga… chyba nic z tego nie będzie”. Niestety zdarza mi się zbyt łatwo się poddawać w obliczu trudności. Potraktowałam jednak to zdarzenie jako lekcję i chociaż skala zjawiska była niewielka – chodziło w końcu tylko o obiad – wyciągnęłam z niego wnioski, które zamierzam przenieść do codziennego życia 🙂 Zamiast więc przyjmować pierwszą reakcję, jaka pojawia się w naszych umysłach i się jej poddawać, zatrzymajmy się na chwilę i spróbujmy spojrzeć na problem z innej perspektywy. Może przyjdzie nam do głowy jakieś innowacyjne rozwiązanie. W ten oto sposób możemy w kuchni tworzyć patenty na życie 🙂 Oto właśnie chodzi: po co czekać na wielkie życiowe tragedie, aby się czegoś nauczyć? Nauczmy się wykorzystywać do tego drobne wydarzenia, aby w obliczu prawdziwego problemu być przygotowanym 🙂

 


„Every moment in the Earth school offers you an opportunity to learn important things about yourself that you need to know in order to grow in wisdom and compassion.” – Gary Zukav

Every cook is an scientists and he conduct loads of experiments. Real masters can be called alchemists, because they are able to turn simple ingredients to pure culinary gold 😉 Look at cookies – baking is real magic! Just check this out 🙂

But cook could be not only a chemist and a physicists… He or she can also explore living organisms, because kitchen is a great environment to study his heart and mind.

First off all – let’s observe: while we are cooking we often experience different emotional states, from anger to happiness. We can get really angry if we burn birthday cake or become very happy when we smell delicious aroma of our dinner. There may appear many types of emotions in a kitchen lab. So make cooking an opportunity to observe and explore your emotions. It sounds easy, but we often mistake sadness or fear with anger. Let’s test measure devices in kitchen and apply them in our daily life 🙂

Second of all – let’s experiment: when we already got to know our subject well, we can begin to experiment, so we could find the best ways to deal with our emotions. Testing solutions in a kitchen lab is much safer than in social situations. When we participate in an interaction we feel obligated to give a quick response. We have no time to reconsider our emotions and we often are overwhelmed with first impression. While you are cooking you have plenty of time 😉 What bad can happen if a dinner is an hour later? Just stop for a moment and try to shift your attention from your first idea and look at the problem from another perspective. Remember as I described my difficulties with lentil pancakes? To be honest, I have a problem with a determination. I often give up too easily, when I come across first difficulties. So when the problem appeared I thought: “I failed and won’t add a new recipe on my blog…” But then I stopped for a moment to investigate my emotions and thoughts. I discovered that I can create something else. I have learned my lesson: in the middle of difficulty lies opportunity. Maybe that was an insignificant  matter, but I have drawn a conclusion from it. Instead of letting our emotions overwhelm us, we can try to take different point of view. We can develop recipes for good living, in our own kitchen! It is easier to learn when a problem is not significant than when you come across a real tragedy. You can prepare yourself for biggest issues.

Kuchenne wzloty i upadki

Myślisz, że nie potrafisz gotować? Zdradzę Ci pewien sekret… Jest na to sposób! Ale ostrzegam nie jest on prosty… Istnieje szczególny składnik, który należy zasadzić i pieczołowicie się nim opiekować. Składnikiem tym nie są wrodzone zdolności, lecz wewnętrzna siła mobilizacji. I nie zrozum mnie źle… nie chodzi o jednorazowe podjęcie decyzji. Mobilizacja jest raczej permanentnym stanem ciągłego podejmowania się zadania – nawet w obliczu niepowodzenia, braku sił, energii czy chęci, a nawet poddania się.

Doskonale rozumiem, że nie jest to proste, sama często borykam się ze słomianym zapałem. Niepowodzenie łatwo prowadzi do zniechęcenia, a kiedy już raz podejmiemy decyzję, że zarzucamy próby – zbyt łatwo się z nią godzimy. Jak więc temu przeciwdziałać? Może zamiast zakładać, że od razu i przy każdej próbie będziemy odnosić sukcesy, a nauka będzie szła jak po maśle, zaplanujmy porażki 🙂 Otóż to, nie bójmy się ich, ponieważ są nieodłącznym elementem nauki. Oczywiście, pewne czynności przychodzą nam łatwiej, inne trudniej. Ale nigdy nie nauczy się jeździć na rowerze, ktoś kto nie wlicza możliwości upadku. Jasne, oznacza to odrapane kolana i siniaki na rękach. Ale czy nie spróbujemy po raz kolejny dosiąść dwukołowca? Tak więc nie bójmy się niepowodzeń, gdyż są one najlepszymi nauczycielami – najskuteczniejsza jest nauka przez doświadczenie 🙂 Jest jeszcze jeden ważny aspekt planowania niepowodzeń, mianowicie planowanie podnoszenia się po nich. Zanim przystąpimy do działania spróbujmy przewidzieć, jakie trudności możemy napotkać, jakie wzbudzą w nas reakcje. Możemy więc przypuszczać, że zdarzy nam się spalić ciasto. Nawet osobom zaprawionym w bojach zdarza się gorszy dzień, a nawet jeśli piekarz jest w pełni funkcjonalny – czasami sprzęt może spłatać figla. Nie trudno się również domyślić, że taka sytuacja może wywołać pewne emocjonalne wzburzenie, spowodować niechęć do kolejnych prób. Zaplanujmy to 🙂 Ale zaplanujmy również moment, w którym wzbudzimy w sobie zdwojoną chęć podjęcia kolejnej próby: “Cholera! Spaliłam ciasto!!! Ale ok. teraz wiem, że tego nie można go piec w 200 st. C. To cenna informacja, teraz spróbuję ustawić piekarnik na 180. Przepis jest tak apetyczny, że muszę go spróbować! :)”.

Trailer

Gotowanie jest dla mnie medytacją,
na temat życia pewną wariacją.
Kiedy fartuszek swój przywdziewam –
wnet z teraźniejszością się zlewam.

Mieszając w garnku różne pyszności
ćwiczę się w sztuce uważności.

Tłukę w moździerzu kolendry ziarna,
a kuchnia powoli robi się parna.
Czy dodać jeszcze szczyptę kuminu?
Ojej! Dlaczego tu tyle dymu?

Nieuwagi chwila wystarczyć może,
by spopielić obiad… O nie! Mój Boże!

Aby uniknąć takich przykrości,
uczę się działać w pełnej świadomości.
Starannie śledząc swoje działania
ćwiczę się w sztuce opanowania.