Koncentrujmy się na pozytywnych wartościach

Problem chorób będących efektem nieprawidłowego odżywiania staje się coraz istotniejszy i coraz szerzej dyskutowany. Podczas gdy kraje rozwijające się cierpią z powodu niedożywienie, populacja krajów rozwiniętych coraz częściej cierpi na skutek chorób związanych z przeżywieniem. Wysoka podaż energii nie idzie przy tym w parze z odpowiednim zbilansowaniem mikroelementów dostarczanych w pożywieniu. Zdrowie pozostaje przy tym nie tylko problemem jednostki, ale jawi się jako problem społeczny, ponieważ zarówno kosztami leczenia, jak i efektami gospodarczymi spowodowanymi krótszym pozostawaniem na rynku pracy ze względu na choroby związane z nieodpowiednim odżywianiem, zostaje obciążone całe społeczeństwo. Podobnie jak skutków, tak i przyczyn obecnego stanu rzeczy nie należy upatrywać wyłącznie po stronie jednostki. Środowisko sprzyjające otyłości ułatwia dostęp do żywności, cechuje się dostępnością niskiej jakości artykułów spożywczych w niskich cenach, wszechobecnością żywności typu fast food oraz gotowych posiłków, jak również powszechnym korzystaniem z samochodów. Dlatego też rozwiązań problemu stanu zdrowia populacji należy szukać nie tylko na poziomie jednostkowym, ale również instytucjonalnym. W istocie zagadnienie chorób związanych z nieodpowiednim żywieniem zostało zauważone oraz włączone zarówno do polityki, jak i do świadomości społecznej przez mass media.

Pewnym problemem pozostaje punkt ciężkości, na którym zostaje skupiona uwaga. Niestety często działania związane ze zdrowym żywieniem koncentrują się na zagadnieniu walki z otyłością. Oczywiście, w społeczeństwach zachodnich rzeczywiście występujące choroby najczęściej są związane z otyłością, jednak tego rodzaju określenie problemu wiąże się z zagrożeniem stygmatyzacją osób otyłych, co jeszcze pogarsza ich obecną sytuację. Dodatkowo określenie problemu mianem walki z otyłością podkreśla wizualny aspekt problemu i często skutkuje przeniesieniem wagi zagadnienia ze zdrowia na sylwetkę. Tym samym zamiast promować zdrowy styl życia często promuje się walkę o szczupłą sylwetkę, co z kolei stwarza zagrożenie wzmacniania zaburzeń odżywiania, takich jak anoreksja, czy bulimia. Właściwym rozwiązaniem wydaje się więc być przeniesienie punktu ciężkości z otyłości na promocję zdrowego stylu życia. Wprowadzenie odpowiednio zbilansowanej diety oraz aktywności fizycznej przyniesie pozytywne skutki w stanie zdrowia jednostek, nawet jeśli nie będą one szły w parze ze znaczącym spadkiem wagi.

Warto więc zamienić „walkę z …” na „dbanie o …” co w społecznej świadomości przyczyni się do skoncentrowania uwagi raczej na wartościach pozytywnych niż negatywnych oraz do wprowadzenia profilaktyki w miejsce walki z efektami, które już nastąpiły.

Wolność wyboru

Żyjemy w dobie wyboru. Codziennie stajemy przed niewyobrażalną gamą możliwości. W dobie różnorodności możliwych ścieżek, to na barki jednostki kładzie się odpowiedzialność za własne zdrowie, które jawi się jako efekt dokonywanych wyborów w zakresie stylu życia. Z pewnością w naszych rękach spoczywa narzędzie kształtowania jakości swojego życia, fałszywym jest jednak stwierdzenie, że jesteśmy w stanie w pełni kontrolować swoje ciało oraz że stojące przed nami wybory mają charakter nieograniczony. Scedowanie pełnej odpowiedzialności za własne zdrowie na jednostkę może prowadzić do tak negatywnych zjawisk, takich jak stygmatyzacja osób chorych, nieatrakcyjnych, czy niepełnosprawnych. I o ile sama staram się świadomie wpływać na swój organizm, o tyle zdaje sobie sprawę z czynników zewnętrznych, spośród których nie wszystkie poddają się modyfikacji i kontroli. Przyjrzyjmy się więc determinantom wyborów żywieniowych:

[Po pierwsze:] jesteśmy organizmami biologicznymi. Już na poziomie biologicznym różnimy się od siebie, w różnym stopniu tolerujemy pokarmy, cierpimy na różnego rodzaju choroby, które każą nam ograniczać lub całkowicie powstrzymywać się od spożywania pewnego rodzaju żywności. W różny sposób także reagujemy na tą samą dietę, ze względu na pierwotne uwarunkowania. Z pewnością łączy nas (biologicznych łowców-zbieraczy) upodobanie do pokarmów wysokoenergetycznych, mimo, że nasz siedzący tryb życia, daleki od aktywności naszych przodków, tego od nas nie wymaga.

[Po drugie:] warunkują nas czynniki psychologiczne. Nie tylko rodzimy się z różnym temperamentem i różnymi skłonnościami, ale również proces wychowania oraz doświadczenia życiowe sprawiają, że ludzie są niezwykle różnorodni pod względem charakterologicznym. Nasze mózgi różnią się od siebie, potrzebują różnej dozy stymulacji, aby wywołać określone odczucia, a określone predyspozycje są ograniczane lub eskalowane przez nasze działania.

[Po trzecie:] człowiek jest istotą społeczną. Nie rodzimy się i nie wychowujemy w pustelni. Od pierwszych naszych dni jesteśmy warunkowani przez kulturę, w której przyszło nam żyć. Jesteśmy wychowani w ramach pewnego systemy aksjonormatywnego, definiowanego często przez religię, która wprowadza określone nakazy i zakazy również w sferze żywienia. Jedzenie jest czynnością społeczną i ogromny wpływ na zachowania żywieniowe mają również grupy społeczne, do których przynależymy. Co więcej, sposób żywienia w samotności różni się od posiłków spożywanych w towarzystwie. Warunkuje nas również pochodzenie społeczne, klasy społeczne zawsze różniły się nie tylko sposobem żywienia, ale również wartościami związanymi z jedzeniem. Także wykształcenie często wiąże się z określonymi wyborami żywieniowymi, ze względu na poziom wiedzy, świadomości i kompetencji poznawczych. Nie bez znaczenia pozostaje również płeć, w rozumieniu społeczno-kulturowym (gender). W procesie socjalizacji dziewcząt i chłopców kładzie nacisk na inne wartości, co skutkuje odmiennymi wyborami oraz zachowaniami żywieniowymi.

Wyposażeni w ten oto bagaż możemy przystępować do wyboru. Jednak i tutaj napotykamy na pewne ograniczenia:

[Po pierwsze:] posiadane informacje. Aby dokonać wyboru musimy posiadać wiedzę na temat istniejących alternatyw. Należy więc uwzględnić dostęp do wiedzy, jej źródła oraz jakość. Wiedza naukowa najczęściej nie jest dostępna w przystępnej formie szerokiemu gronu odbiorców, a informacje przekazywane w mediach często stoją w sprzeczności ze sobą. Osoby funkcjonujące w małych społecznościach, w zamkniętych kręgach często nie posiadają informacji o istniejących mozliwościach. Kluczowe znaczenie ma w tym miejscu edukacja, która powinna nie tylko dostarczać informacji, ale również wyposażać jednostkę w…

[Po drugie:] umiejętność krytycznej analizy danych. Dostęp do wiedzy nie jest warunkiem wystarczającym, musimy również potrafić ocenić jakość dostępnych informacji, czyli jakość dowodzenia, metodologię badawczą leżącą u podłoża danych. Bez tego rodzaju kompetencji wybory będą miały charakter przypadkowy, albo opierać się będą na mocy autorytetu. W obliczu chaosu informacyjnego jednostka może również doznać paraliżu decyzyjnego i utracić zdolność podjęcia decyzji.

[Po trzecie:] dostępność. Kiedy jednostka już podejmie decyzję stoi już o krok przed jej realizacją. Ostatnią barierą jaka więc należy uwzględnić jest dostępność. Mimo globalizacji wciąż jesteśmy ograniczeni terytorialnie. Nie jesteśmy w stanie na porządku dziennym mieć dostępu do świeżych i ekologicznych warzyw i owoców z innej strefy klimatycznej, a zanieczyszczone środowisko naturalne, stosowane w rolnictwie i przemyślę sztuczne substancje wpływają na dostęp do zdrowej i naturalnej żywności nawet  z własnego rejonu. Kolejną barierą jest cena w relacji z zarobkami. Dokonywane wybory żywieniowe są w dużej mierze determinowane względami o charakterze ekonomicznym.

Mając na względzie wszystkie wymienione czynniki, pamiętajmy również, że w ostatecznym rozrachunku każdy ma prawo do własnego wyboru stylu życia. Nawet jeśli ktoś w pełni świadomie decyduje się na jedzenie fast foodów jest to jego decyzja, która bazuje na innych priorytetach niż zdrowa dieta. To co możemy zrobić to szerzyć wiedzę i wyposażać innych w kompetencje jej oceny.

wybory żywieniowe

Kliknij na obrazek, aby przejść do prezentacji

SZAMAnizm

Być może ten wpis powinien powstać pół roku temu, kiedy zakładałam bloga, ale przecież nigdy nie jest za późno 😉 Mój sposób gotowania często dziwi i z pewnością daleko mu do tradycyjnego. Przyznaję też, że nie każdemu moje potrawy przypadną do gustu – bo mało cukru, bo mało soli, bo jakoś dużo przypraw o dziwnych nazwach (ale sumak? ale czarnuszka? będzie się to dało zjeść?) Moja kuchnia ma jednak genezę w pełni naturalną i wynika z samoobserwacji i kierowania się intuicją… Być może mogłaby się więc plasować gdzieś na granicy SZAMAnizmu 😉

Jeszcze kilka lat temu nie czułam się dobrze ze swoim ciałem. I nie mam tu na myśli swojej figury, lecz samopoczucie. Często mój tryb życia był podporządkowany a to chorym zatokom, a to dolegliwościom trawiennym. Kiedy więc zostałam szefem swej własnej domowej kuchni zaczęłam obserwować swój organizm i jego reakcje na dostarczane mu pożywienie… zaczęły się pojawiać pierwsze modyfikacje, a półka z przyprawami rozrastała się w niewyobrażalnym tempie. (Co więcej… wciąż rośnie w siłę.)  Szczególnie ważną rolę pełnią w mej kuchni rozgrzewające, korzenne przyprawy, które działają cuda! Ale okazało się, że nie tylko w przyprawach tkwiła tajemnica i nie tylko przyprawy sprawiają, że tradycyjna kuchnia polska jest mi jednak daleka i nie wpływa na mnie dobrze. Okazało się, że zamieniając biały makaron i białą mąkę na pełnoziarniste, a ziemniaki na kasze różnej barwy i faktury czuję się o niebo lepiej! Czym baczniej obserwowałam reakcje swego ciała, tym więcej niuansów dostrzegałam. Nigdy nie zapomnę, jak odkryłam, że nie muszę omijać jabłek szerokim łukiem. Mimo, że owoce te są przepyszne zawsze byłam ostrożna w ich jedzeniu, ponieważ kończyło się to dla mnie bólem i zniechęcało do wszelkich aktywności. Kiedy jednak cała moja dieta uległa zmianie, a jabłka umieściłam w odpowiednim miejscu jadłospisu, czyli przed posiłkiem, mogę się nimi bezkarnie zajadać!

Na tym jednak nie koniec! Kiedy zauważyłam moc tkwiącą w diecie uczyniłam z niej sprzymierzeńca w walce z wiecznymi przeziębieniami, chorymi zatokami, anginami, które kiedyś nie dawały mi żyć i odpuszczały jedynie kiedy panowały pełne upały. Niestety latami kilka razy w ciągu roku faszerowałam się antybiotykami… Wraz ze zmianą diety i wraz z odkrywaniem niesamowitych właściwości roślin i z tym sobie teraz radzę. (Na przykład TAK) Oczywiście, czasami przy spadku formy złapie mnie jakieś paskudztwo, ale szybko i sprawnie udaje mi się je stłamsić i nie muszę wizytować w przychodni, w celu uzyskania magicznej karteczki na chemiczne pigułki. W nasz „zachodni” sposób patrzenia na chorobę wkradł się niebezpieczny błąd poznawczy. Traktujemy ją jako zewnętrznego wroga, który nas atakuje i którego musimy – siłą nowoczesnych technologii – zwalczyć… Zresztą błąd ten dotyczy stosunku do natury w ogóle… a przecież jesteśmy jej częścią. Nasze ciało również nie jest wrogiem, z którym ma się zmagać nasz superinteligentny umysł. Dlatego też potrzebuje ono dużo czułości i uwagi. Choroby nie mają charakteru czysto zewnętrznego. Przecież nawet pewne schorzenia ze swej natury genetyczne potrzebują odpowiedniego środowiska, aby zwiększyć swe szanse na ujawnienie swych mocy. Dlatego tak ważna jest dieta, aktywność fizyczna (ja dla siebie znalazłam jogę)… Zamiast walczyć ze swoim ciałem, czyli ze sobą, warto zawrzeć z nim pakt i podjąć współpracę w postaci profilaktyki.

Oj tak, wiem… tu się mogą pojawić opory… że bez soli to przecież niedobre, że jak to takie niesłodkie ciasto… ale spokojnie mózg jest na tyle elastyczny, że sobie z tym poradzi 😉 chętnie nas wesprze w trosce o zdrowie i się przeprogramuje, pozmienia istniejące ścieżki na nowe 🙂 A na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że na prawdę warto! I przy tym wszystkim nie muszę być bezwzględna. Dzięki temu, że codziennie troszczę się o swoje ciało ono mi się odwdzięcza i wybacza okazjonalne grzeszki, kiedy na przykład zachce mi się tradycyjnej pizzy na białej mące 😉 Na prawdę warto się zatroszczyć o siebie i pobawić w SZAMAnizm 🙂

Równowaga to podstawa!

Lubię zachowywać równowagę poznawczą i czerpać wiedzę z różnych źródeł. Zamiast zamykać się w obrębie jednego paradygmatu staram się konfrontować ze sobą informacje różnego pochodzenia. Bardzo często okazuje się, że wbrew pozorom, nie stoją one względem siebie w opozycji, lecz harmonijnie się uzupełniają, bądź też niosą podobne przesłanie za pośrednictwem innego języka. Dlatego też po „Psychologii odżywiania się” J. Ogden i w trakcie „Dietoterapii” D. Włodarka, E. Lange i L. Kozłowskiej właśnie sięgam po „Ajurweda medycyną natury” D. Frawleya i S. Ranadego 🙂

Balans zamiast bilansu

W naszym (zachodnim) kręgu kulturowym przywykliśmy do dzielenia wszystkiego na czynniki pierwsze i traktowania całości jako prostej sumy części. Zdaje nam się, że gdy tylko poznamy wszystkie tajniki części składowych ukaże się nam tajemnica wszechświata i odnajdziemy proste rozwiązania nurtujących nas problemów. Wydaje nam się, że aby rozwiązać problem X wystarczy dodać A do B. Rozwiązanie nie jest jednak tak klarowne jak chcielibyśmy je widzieć. Świat i my w nim funkcjonujący jesteśmy czymś więcej niż tylko sumą części.

Dlatego też nie ma jednego magicznego klucza do zdrowego i dobrego życia. Co rusz pojawiają się nowe mody, które mówią nam, że jak tylko będziemy jeść np. dużo błonnika będziemy szczupli, piękni i zdrowi lub gdy tylko ograniczymy spożycie tłuszczu czeka nas długie życie. Inni twierdzą, że wystarczy pozytywne nastawienie i z pewnością nic złego nam się nie przytrafi. Niestety, albo i „stety”, nasze życie wymaga podejścia holistycznego. Jeśli będziemy jeść błonnik jednocześnie faszerując się kilogramami ciastek i golonką na śniadanie, nie uchronimy swego zdrowia. Jeśli będziemy jeść dużo warzyw i owoców jednocześnie wlewając w siebie hektolitry kawy, która będzie z nas je wypłukiwać również nie osiągniemy właściwych efektów. Jeśli narzucimy sobie restrykcyjną dietę eliminując z niej wszystkie przyjemności, stres wypłucze z nas połowę skrupulatnie zbieranych wartości odżywczych. Dlatego też proponuję zastąpić bilans: liczenia kalorii, wskaźnika wagi itp. – balansem, czyli wprowadzeniem do życia równowagi 🙂 Owszem wszystkie elementy składowe są ważne: zdrowa dieta z pewnością jest istotna, podobnie jak aktywność fizyczna, pogoda ducha. Rzecz w tym, że powinny one harmonijnie iść ze sobą w parze, a nie występować jako jedno kosztem drugiego.

Spokojnie nasze ciało jest tak mądre, że chętnie nam wskazuje pojawiające się problemy, czasami nawet samo podaje rozwiązania. Zdarza się Wam siedząc drugą godzinę przy biurku niespokojnie kręcić nogą? Może czas wstać i zrobić sobie krótki spacer 🙂 Jeśli nie doprowadzimy się do rozregulowania funkcji życiowych (fizycznych i psychicznych) sami sobie będziemy potrafili podawać cenne wskazówki. Nawet zły humor jest wskaźnikiem, że coś się dzieje nie tak. Czasami chodzimy z muchami w nosie bez konkretnego powodu, ciskając gromy w najbliższą napotkaną osobę, np. panią przy kasie. W takich momentach warto się zastanowić gdzie leży problem. Czasami wystarczy godzinny spacer w słońcu, aby diametralnie zmienić nasze samopoczucie, zamiast łykać tabletkę na uspokojenie (popijając ją kawą… bo przecież tyle jeszcze rzeczy do zrobienia…).

Wprowadźmy więc politykę spójności do swojego życia, troszcząc się o siebie w całości. Chrońmy garnek przed korozją zamiast zalepiać kolejne dziury pojawiające się na skutek działania rdzy 🙂

I Ty jesteś superbohaterem

Nie wiem czy znacie z własnego doświadczenia pewną przypadłość, która potrafi nieźle uprzykrzyć życie… a jest nią pretendowanie do wszechmocy. Kiedy porównując się z innymi bazujemy na pewnym wycinku rzeczywistości łatwo możemy doprowadzić się do frustracji. Kiedy więc jesteśmy zupełnie pozbawieni artystycznych zdolności manualnych, możemy z zazdrością patrzeć na osoby, które samodzielnie tworzą elementy dekoracyjnie własnego mieszkania. Innym razem, odwiedzając koleżankę, w której domu pachnie czystością i świeżo upieczonym ciastem, możemy się zastanawiać: Kiedy ona na to znajduje czas? Mi ledwo udaje się wyskrobać chwilę, żeby wstawić pranie… W tym momencie poczucie własnej wartości pikuje do niebezpiecznych poziomów. Zupełnie znika nam wtedy sprzed oczu, holistyczny obraz sytuacji. Owszem, może w moim mieszkaniu nie można jeść z podłogi, ale za to na przykład w codziennym harmonogramie  znajduję czas na ćwiczenia lub spacer z bratanicą, na co zupełnie nie może sobie pozwolić rzeczona koleżanka. Być może szczytem moich umiejętności krawieckich jest zszycie skarpetki, ale za to piekę niezrównane ciasta… Warto spojrzeć na świat z podziwem dla jego różnorodności, zamiast aspirować do miana wszechmogącego biblijnego boga. Bliżej nam do greckich “wyspecjalizowanych” mieszkańców Olimpu, niż do jedynego, nieomylnego stwórcy wszechrzeczy. Każdy z nas jest superbohaterem, o którego wyjątkowości świadczą nie tylko jego mocne, ale również słabe strony, którego hierarchia wartości, układ priorytetów zostały ukształtowane na bazie wcześniejszych doświadczeń.

Być może jeszcze nie udało Ci się odkryć swojej supermocy, ale jest to tylko kwestią poszukiwań… każdy z nas jest w nią wyposażony. Ba! Na co dzień każdy się nią posługuje, tylko nie zawsze potrafimy dostrzec jej niezwykłość… Zaakceptujmy więc różnorodność świata, a przyjemniej będzie się nam żyć ze sobą i z osobami wokół nas 🙂

Aby siebie polubić wystarczy lepiej się poznać

Dawniej wiele sobie zarzucałam, porównywałam efekty swoich działań z wytworami innych i wnioskowałam na tej podstawie o jakości swojej osoby. Dziwnym trafem nie poświęcałam zbyt wiele czasu na refleksję nad tym, jaka była droga osób, które wydawały mi się doskonalsze ode mnie do ich aktualnych zdolności. A przecież nikt nie rodzi się z Nagrodą Nobla w ręce. Nie tyle mimo porażek, a raczej dzięki nim osiągamy wreszcie sukces. Dlatego właśnie zaczęłam traktować je z wdzięcznością i uważam, że należy mówić nie tylko o sukcesach, ale również o nieudanych próbach, burząc fałszywą wizję ideału istniejącego na zewnątrz nas, ale nie w nas.

Dawniej, tkwiąc w pętli stałego porównywania siebie do innych i nierozróżniania swoich działań od swojej istoty (myląc “popełniłam błąd” z “jestem błędna”), nie potrafiłam się polubić i zaakceptować. Tak na prawdę zamiast poświęcać czas na poznanie siebie, raczej zastanawiałam się nad tym jaka nie jestem i jaka być powinnam. Kiedy zdobyłam się na odwagę poznania swojej istoty, dałam sobie więcej przestrzeni i swobody, odsunęłam na bok ograniczający mnie wstyd, zaczęłam pytać siebie o zdanie, o swoje potrzeby, emocje, okazało się, że ukryte pod skorupą społecznych oczekiwań i norm JA jest warte nie tylko uwagi, ale i miłości. Miłości przede wszystkim od siebie samej. Jak często wyznajemy sobie to uczucie? Warto jak najczęściej się nim obdarowywać, jest to niesamowicie przyjemne 🙂 A jedną z najlepszych oznak miłości jest szacunek, dzięki któremu nie działamy wbrew sobie i przeciw sobie.

Odkrywam więc siebie każdego dnia i rozpatruję, redefiniuję swoje stare poglądy i przekonania na swój temat. Czasami ze zwykłego zasiedzenia pozostajemy przy określonym światopoglądzie, a wystarczy kilka pytań. czasem jeszcze kilka doświadczeń, aby szkodliwe przekonanie legło w gruzach. W ten sposób nagle okazuje się, że przez większość swojego życia żywiłam jakieś fałszywe, krzywdzące przekonanie na swój temat, kiedy tak na prawdę, na przykład brakowało mi odwagi, aby spróbować, albo w błędny sposób definiowałam zagadnienie. Tym sposobem nie potrafiłam w pełni wykorzystać tkwiącego we mnie potencjału. Przez wiele lat nie uważałam siebie za osobę kreatywną, wydawało mi się, że nie jestem zdolna do innowacyjnych myśli. Teraz jednak wiem, że trzymając się bezpiecznych standardów i obawiając się oceny ze strony innych nie dawałam sobie szansy, aby moje własne pomysły wypłynęły na powierzchnię świadomości. Teraz frywolnie szaleję w kuchni i czuję, że moja innowacyjność nie zna granic! Stojąc przy kuchennym blacie czuję się jak malarz przy sztaludze, czy fizyk w CERN 😉 Czuję, że tworzę nowe idee, czuję, że żyję i się spełniam, po prostu jestem szczęśliwa, ponieważ wreszcie nabieram odwagi, aby być sobą – i przed sobą samą i przed innymi ludźmi. I właśnie dzięki tej odwadze potrafię się zdobyć na opublikowanie tego wpisu. Nie potrzebuję też poczucia nieomylności, aby siebie akceptować. W końcu błądzić jest rzeczą ludzką i to dzięki błędom się uczymy. Kiedy eksperymentuję w kuchni i tworzę nowy przepis, nie wszystkie moje pomysły są trafione. Czasami obiad ląduje w śmietniku, a ja muszę zaspokoić się kanapkami. Ale nie frustruję się już takimi sytuacjami, ponieważ nauczyłam się patrzeć na nie jako na lekcje. Wyciągając wnioski w przyszłości mogę uniknąć kolejnego podobnego błędu, a obrażając siebie nie zyskałabym nic prócz złego samopoczucia. Ponieważ lubię praktyczne rozwiązania, wybieram opcję numer jeden 😉 Nauczyłam się również. że moja ocena nie powinna być wypadkową ocen innych. Różnimy się gustami smakowymi i nie każde danie, które smakuje mi może smakować Tobie. To, że nać kolendry ma dla mnie mydlany smak, nie znaczy, że ma ona nie smakować Tobie (zaciekawiony? KLIK). Czy ma to oznaczać, że któreś z nas powinno zmienić zdanie? Osobiście – nie sądzę 😉 Podobnie jest w innych sferach życia. Nie łudźmy się, jesteśmy różni, więc próby dostosowania swojej osoby do oczekiwań wszystkich dookoła są nierealistyczne. Tak na prawdę, aby zyskać szczęście potrzebna jest akceptacja ze strony jednej szczególnej osoby – siebie samego. Tylko będą sobą przyciągniemy osoby, które polubią nas, a nie kreowany przez nas wizerunek.

 

Kilka słów na temat wstydu ( A Few Words about Shame)

Translation below

Zdarza się, że nieopatrznie błędnie interpretujemy sygnały, które sami sobie wysyłamy… a tak właściwie, to nie odczytujemy swych odczuć jako sygnałów, lecz bierzemy je za zjawiska same w sobie. Weźmy na przykład pod lupę wstyd, który niejednokrotnie działa na nas jak hamulec. Jak często stwierdzamy, że po prostu się czegoś wstydzimy i z góry dajemy za wygraną? Traktujemy wstyd jakby był tak materialny jak jakaś część ciała (oczywiście ta wstydliwa, którą trzeba zakryć 😉 ).

Zastanówmy się jednak przez chwilę, co by się stało gdybyśmy zaczęli traktować wstyd jako sygnał? Zupełnie taki sam jak głód…. Kiedy burczy mi w brzuchu, to nie stwierdzam, że muszę umrzeć z niedożywienia, tylko staram się coś z tym zrobić. Głód jest sygnałem organizmu, że potrzebujemy nowej porcji energii i wartości odżywczych. Chociaż i tutaj czasami wyprowadzamy siebie na manowce 😉 A wstyd? Co on próbuje nam przekazać? Z nim nie jest już tak prosto, interpretacja może być bardziej skomplikowana. Może on nam na przykład komunikować, że nie jesteśmy dostatecznie dobrze przygotowani do zadania, którego się podjęliśmy i że jesteśmy je w stanie lepiej wykonać, jeśli tylko trochę dłużej nad nim popracujemy. Weźmy na tapetę przykłady rodem z kuchni 🙂 Powiedzmy, że nie wyszło nam ciasto i wstydzimy się je zaserwować. jakie możemy wyciągnąć wnioski? Przeanalizujmy przez chwilę sytuację i zastanówmy się co mogło na to wpłynać. Być może potraktowaliśmy pieczenie po macoszemu, w międzyczasie sprzątając kuchnię i czytając książkę. I teraz jest nam wstyd, żeby zaserwować ciasto, które jest poniżej naszych możliwości. Być może było to nasze pierwsze ciasto, jakie kiedykolwiek piekliśmy. Wstyd więc oznacza, że musimy jeszcze trochę popracować nad naszymi umiejętnościami w tym zakresie Wstyd traktowany jako sygnał nie jest powodem do zamykania się w sobie. Jeśli wyjdzie nam za niski placek, nie musi on lądować w śmietniku i nie ma powodu, aby udawać przed domownikami, że nie piekliśmy żadnego ciasta.. Dlaczego nie mielibyśmy przyznać się do do swego niepowodzenia i nie mielibyśmy poprosić o wskazówki na przyszłość? Jeśli nie będziemy wychodzić z naszym wstydem na zewnątrz nigdy się go nie pozbędziemy, bo nie będziemy sobie dawać szansy na doskonalenie swoich umiejętności. Szukając przykładu w innym obszarze… Jeśli mamy wystąpić publicznie i czujemy, że wstyd nas paraliżuje możemy rozważyć kilka możliwości. Po pierwsze, może nie przygotowaliśmy się do występu dostatecznie dobrze i przez to czujemy się niepewnie. Być może temat został nam narzucony odgórnie i po prostu nie mamy w nim nic do powiedzenia, co by nas osobiście inspirowało lub co gorsza nie zgadzamy się z przedmiotem naszej prezentacji, przez co czujemy, że działamy wbrew sobie. Co jednak, gdy nie potrafimy znaleźć żadnego racjonalnego uzasadnienia dla naszego odczucia? To znaczy przygotowaliśmy się najlepiej, jak to było możliwe, temat nas pasjonuje i w teorii wszystko powinno pójść jak po maśle, a nas mimo wszystko paraliżuje wstyd? Być może wstyd tkwi w nas głębiej i jest wynikiem braku wiary we własne siły i strachu przed oceną ze strony innych – a wtedy już mamy poważniejszy problem… Ze wstydem jest jak z głodem, może nas czasem oszukiwać. Powróćmy do analogii dotyczące głodu, niektórzy cierpią na różnego typu zaburzenia łaknienia, przez co głód przerodził się u nich w niezdrową formę – albo wcale go nie odczuwają, albo ma on charakter kompulsywny i trudno go zaspokoić. Tak też wstyd potrafi przybrać niezdrową postać i wysyłać błędny sygnał, jakby coś było nie tak. Kiedy wstyd jest w nas głęboko zakorzeniony potrzebna jest nam bardziej dogłębna terapia, która pozwoli nam siebie zaakceptować i dokonać rozróżnienia między doskonałością a perfekcją. Każdy z nas jest doskonały, każde nasze działanie jest doskonałe, jeśli wkładamy w nie 100% swoich aktualnych możliwości (więcej na ten temat u don Miguela Ruiza). Jeśli więc jesteśmy chorzy i mamy przez to problem z koncentracją, nie dziwmy się, że zapomnieliśmy dodać do ciasta proszku do pieczenia 😉 w aktualnym stanie psycho-fizycznym wyszło nam ono jak najlepiej mogło, czyli jest doskonałe. Co nie znaczy, że jest perfekcyjne – czyli odzwierciedla platońską ideę ciasta 😉 Perfekcja, jest pewnym stanem idealnym – czystym typem, jakby powiedział Max Weber – który nigdy nie zostanie osiągnięty. Wiara w dosięgnięcie ideału powoduje tylko niepotrzebną frustrację i może prowadzić do zniechęcenia. Należy dążyć do wykonania zadania jak najlepiej potrafimy, ni mniej ni więcej. Wtedy nie będziemy mieli podstaw, do pretensji wobec siebie samego – w końcu daliśmy z siebie wszystko. W ten właśnie sposób stajemy się coraz bardziej wprawni – ciągle próbując i starając się z całych sił. Jeśli więc daliśmy z siebie wszystko, to nie musimy się już tego wstydzić. Ponieważ przelaliśmy siebie w wykonywane zadanie możemy być dumni z efektu i dzielić się nim ze światem. Kiedy uzyskamy informację zwrotną w postaci komentarzy będziemy mogli potraktować ją konstruktywnie i nową wiedzę wykorzystać następnym razem.

Z inspiracji: „Cztery umowy. Droga do wolności osobistej” Don Miguel Ruiz oraz „Toksyczny wstyd. Jak uzdrowić wstyd, który cię zniewala” John Bradshaw


Sometimes we misunderstand our feelings. We don’t see them as signs. Let’s take a look on shame. When we are ashamed we often don’t ask ourselves what’s wrong, what is the cause of our shame. But what would happen if we saw shame as a sign? Just as we understand hunger. When we are hungry we don’t assume that we are gonna die of starvation, we just have something to eat. Hunger is a signal, our body tells us that we need some nutrients. And what can shame tell us?

Shame can be a sign that we are not sufficiently prepared. For example, when we’ve made a pie and it’s flat we might want to throw it away and do not tell anybody about it. We might think that we are hopeless at baking and we might decide that we are never gonna bake again. But let’s just stop for a moment and think. Maybe we couldn’t concentrate on a task, maybe we did it for the first time and we need some more practice. But when we overcome shame and we tell somebody what just have happened we can get some useful suggestions. Or when we have to speak in public and we’re ashamed. What shame might mean? Maybe we didn’t devote enough time to prepare a speech and we are afraid that we could fail because of that. Or maybe we are not interested in a topic that we have to talk about or worst.. we don’t agree with a subject of our speech. But what if we can’t find any rational reason of our shame? Maybe shame is not about a task, but about us. We don’t believe in ourselves and we don’t like ourselves, we think than we fail in everything so we are ashamed when we are visible. Then it’s toxic shame which is deep-rooted in our minds. Then we have to work on it, maybe we need some help from the outside: friends, family, coach, therapist. Some people suffer from eating disorders and they can’t trust signs from their body. They feel too often hungry or they don’t feel hungry at all. It is similar with shame. When shame is deep-rooted we cannot trust it. We might think that we are not ideal but to be ideal we don’t have to do everything perfectly. We just have to do everything as good as we can and then it’s ideally and there is no reason to be ashamed (read more: don Miguel Ruiz). My english is not perfect but I do my best and I don’t feel ashamed to write in english. And I appreciate all corrections.

So if we are sick and we’ve forgot to add baking powder to a pie there is no reason to be ashamed of this – we did our best. We couldn’t done this pie better in this moment so it’s ideal. We can never achieve perfection – a perfect self that we create in our heads. We just can’t live without mistakes. But we are already ideal. Off course it doesn’t mean that you don’t have to try. You have to do your best and then it’s ideally 😉 And when you will do your best and someone will correct you, you will be appreciate – not ashamed 🙂

Inspired by: don Miguel Ruiz The Four Agreements: A Practical Guide to Personal Freedom and John Bradshaw Healing the Shame that Binds You

Nie przywiązuj się do swoich osądów (Don’t get used to your judgements)

Translation below

Wielu z nas cierpi na pewną przypadłość, która polega na silnym przywiązywaniu się do swoich sądów wydanych w przeszłości. Nie wiem, czy też tak macie, ale ja niejednokrotnie łapię się na stwierdzeniu, że na przykład czegoś nie lubię, chociaż od lat tego nawet nie próbowałam. Ot tak po prostu kiedyś w ten sposób stwierdziłam i teraz machinalnie powtarzam stwierdzenie. No dobrze, czasami pewne upodobania się nam po prostu nie zmieniają, ale nie weryfikując ich nie mamy szansy tego stwierdzić. Pamiętam, jak kiedyś – gdy częściej jadałam słodycze – raz na kilka lat podejmowałam próbę zjedzenie eklerka. Ale mimo, że tak kusząco wyglądał, nadal mi nie smakował. Mimo wszystko uważam, że warto było próbować 😉 Przecież mogło się nagle okazać, że jestem miłośniczką tego ciastka, albo po prostu do tej pory nigdy nie trafiłam na dobrego eklerka… Przecież nie jesteśmy przez całe życie tą samą osobą, raczej cały czas się stajemy, ulegamy zmianom. Jako dziecko nie znosiłam placków ziemniaczanych, przede wszystkim ich konsystencja była dla mnie nie do zniesienia. Chrupiące brzegi jeszcze byłam w stanie zjeść, ale ten ciapowaty środek! Fuj! Uważałam je za najgorsze danie na świecie! Ale kiedy rosłam mój smak się zmieniał – teraz uważam, że placki ziemniaczane są przepyszne. Aż strach pomyśleć ile bym straciła, gdybym wciąż upierała się przy swoim osądzie z dzieciństwa…

Zjawisko przywiązania do swych dawnych osądów dotyczy jednak nie tylko kwestii kulinarnych. Dostrzegam je w wielu sferach życia – od spraw drobnych poczynając, a na kwestiach światopoglądowych kończąc. Pewnie, że jest to pewna oszczędność energii i czasu – zamiast za każdym razem podejmować refleksję i wciąż wszystko testować na nowo, od razu mamy gotowe rozwiązanie. Ale czy nie warto choć raz na jakiś czas zadać sobie pytanie: “Właściwie to dlaczego ja tak uważam?”. Może czas podjąć próbę na nowo? Myślisz, że nie lubisz kotów? Idź się z jakimś pobawić. Wydaje Ci się, że nie lubisz ćwiczyć? Wybierz się na jogę. Trwając w przedawnionych przekonaniach wiele radości w życiu może przejść nam koło nosa…


We often feel an attachment to some beliefs which we created in the past and we don’t reconsider them. We made some decisions a long time ago and we still believe in them. We have a strong opinion about something because of a past experience. But maybe we should ask ourselves: “Is it still true?” Let’s give ourselves a chance to change our minds 🙂 Let’s start with something easy! Maybe with food?

How often do we say: “I don’t like it”? even though we haven’t tried it for 20 years? Isn’t it just silly? 😉 Maybe it’s time to try it once again? Maybe you think you don’t like brussels sprouts, because you hated them when you were a child and Miss X in a nursery school forced you to eat them. But now you are a grown-up and your taste is different. Maybe you don’t like lollipops any more and brussels sprouts are perfect? When I was a child I hated potato pancakes, and now I love them! We are changing all the time and our tastes are too.

You can also try this technique on something else – from tiny things to strong beliefs. You don’t like cats? Play with one. You are not into exercise? Go to yoga classes. Just ask yourself a question and try 🙂 When you persist in old beliefs, you may lose loads of joy in your life.